Sober is the new sexy
Mini słownik świata no i low alko
NoLo? Proxy? Mindful drinking? Czy zamawiając drinka bez procentów trzeba mieć ze sobą słownik nowych pojęć? Gdy pierwszy raz słyszysz te określenia możesz poczuć się jak turysta zagubiony w obcym języku. W tym artykule wyjaśnimy, skąd wzięły się te skomplikowane terminy, co oznaczają, i jakie inne pojęcia warto znać, by poruszać się swobodnie po świecie NoLo.
Wraz z rozwojem mody na trunki bez procentów pojawił się cały zestaw nowych określeń, które dla niewtajemniczonych brzmią co najmniej egzotycznie. Jeszcze dekadę temu abstynenci poprzestawali na wodzie, soku lub „virgin” mojito, ale dziś mamy całą kulturę alternatywnych napojów. Pokolenie młodych dorosłych coraz częściej świadomie ogranicza alkohol - z powodów zdrowotnych, modowych albo chęci pozostania w trzeźwości. W efekcie trend bezalkoholowy (ang. alcohol-free trend) nabiera rozpędu i normalizuje picie NoLo (no/low alcohol) w towarzystwie. A skoro powstaje nowy styl życia, to rodzi on również nowy słownik pojęć. Poniżej rozszyfrujemy najważniejsze z nich.
Co to jest „NoLo”?
Zacznijmy od podstaw. NoLo (czasem zapisywane jako No-Lo lub NOLO) to skrót od angielskich słów no alcohol, low alcohol, oznaczających napoje bez alkoholu lub o obniżonej zawartości alkoholu. Innymi słowy, mówimy tu o wszystkim, co ma od 0,0% do ok. 0,5% alkoholu (a czasem trochę więcej, gdy mowa o „low alcohol”). W polskich mediach również używa się tego terminu - NoLo to skrót „No and Low Alcohol Beverages”, czyli napojów bez alkoholu lub z jego niewielką ilością.
NoLo nie odnosi się do jednej konkretnej kategorii napojów, lecz obejmuje cały wachlarz: piwa bezalkoholowe, „lekkie” piwa niskoalkoholowe, wina 0,0%, dealkoholizowane wina, bezalkoholowe koktajle (mocktaile), a nawet pseudo-„whisky” czy „gin” bez procentów. Kluczowe jest to, że NoLo stało się pewnym stylem życia i trendem konsumenckim. Wiele osób (zwłaszcza z pokolenia Z) deklaruje ograniczanie alkoholu z wyboru - traktując NoLo jako element zdrowego stylu życia, podobnie jak rezygnację z palenia czy nawet przejście na dietę wege. Co ważne, NoLo nie oznacza, że wszyscy nagle stają się absolutnymi abstynentami. Chodzi raczej o świadome picie z umiarem - ktoś może czasem sięgnąć po lampkę wina, ale innym razem wybiera piwo 0% albo kombuchę zamiast kolejnego drinka.
Warto dodać, że według polskiego prawa granica między napojem alkoholowym a bezalkoholowym wynosi właśnie 0,5% zawartości alkoholu. Produkty do 0,5% alc. obj. mogą być legalnie sprzedawane jako bezalkoholowe - dlatego wiele piw „bezalkoholowych” ma np. 0,3% czy 0,4% alkoholu, co uznaje się za ilości na tyle małe, że nie wpływają na organizm (dla porównania, podobne śladowe ilości etanolu znajdziemy w kefirze czy kiszonych ogórkach!). W praktyce termin NoLo obejmuje więc zarówno napoje 0,0%, jak i te „prawie bez” do pół procent.
Proxy - czyli niewinne „niewina”
Kolejne magiczne słówko to Proxy. Brzmi jak termin z informatyki (serwer proxy?) albo zastępstwo na egzaminie, ale w kontekście NoLo chodzi o zamienniki wina - w języku angielskim coraz częściej mówi się o wine proxies. W Polsce spotkamy się z uroczym określeniem „niewina” (dosłownie: „nie-wino”), które tłumaczy istotę rzeczy. Niewina (wina proxy) to unikalne, złożone napoje, często fermentowane stanowiące świetną alternatywę dla tradycyjnych win. Co to za twory?
Otóż, wine proxy to napój stworzony tak, by przypominał doświadczenie picia wina, choć nim nie jest. Nie jest to sok winogronowy ani zwykły kompocik - to raczej kreatywna mieszanka smaków, często tworzona przez ekspertów od fermentacji i sommelierów. Powstaje na bazie fermentowanych herbat, czy soków wymieszanych i macerowanych z całą gamą przypraw i naturalnych dodatków. Wyobraźcie sobie napój, który ma kwasowość, taniczność czy złożony bukiet znany z wina, ale osiągnięty innymi środkami: np. przez zaparzenie herbaty oolong, dodanie odrobiny fermentowanego soku jabłkowego dla kwasu, do tego trochę przypraw, ziół, może odrobina octu dla „pazura”. To właśnie proxy.
Celem nie jest idealne udawanie smaku wina, ale dostarczenie podobnej satysfakcji podniebieniu - żeby można było sączyć z kieliszka do kolacji coś równie wyrafinowanego jak wino, tylko że bez procentów. Trend zapoczątkowała m.in. firma Acid League w Kanadzie, która wypuściła serię ekskluzywnych „Proxies” jako alternatywę dla win na degustacjach. Dziś także inni producenci tworzą niewina: bazują na herbatach (czasem lekko fermentowanych jak kombucha), winogronach bez fermentacji, z dodatkiem beczkowych tanin czy dymu, żeby oddać niuanse znane z Chardonnay czy Pinot Noir.
W Polsce niewina zdobywają uznanie smakoszy ciekawych nowych doznań. Dla przykładu, sklepy z bezalkoholowymi trunkami oferują niewina musujące, gdzie bazą są napary z zielonej herbaty i kwiatów, nasycone bąbelkami, z nutami owoców i ziół - w efekcie dostajemy napój idealny do toastu, choć nie ma w nim grama wina. Proxy to zatem trochę jak sztuka kulinarna wśród napojów NoLo: bawi się smakiem, by dostarczyć coś więcej niż zwykły sok.
„Sober curious” - ciekawość (nie)picia
Teraz przechodzimy do terminów opisujących ludzi i ich podejście do alkoholu, a nie same napoje. Na pierwszy ogień: Sober Curious, czyli dosłownie „ciekawy trzeźwości”. Jeśli myślisz: brzmi jak oksymoron, to spokojnie - to podejście ma coraz więcej fanów. Być sober curious oznacza świadomie ograniczać picie alkoholu z czystej ciekawości, jak to wpłynie na nasze życie i zdrowie, bez deklarowania od razu dożywotniej abstynencji. Innymi słowy, „ciekawi trzeźwości” próbują życia z mniejszą ilością alkoholu, zastanawiając się: Hej, jak będę się czuć, sypiać, bawić, kiedy odstawię procenty?.
Termin ten zapoczątkowała brytyjska autorka Ruby Warrington, wydając w 2018 roku książkę "Sober Curious", która dała początek małej rewolucji. „Sober curious” to rosnący trend, w którym ludzie świadomie ograniczają picie alkoholu, ale bez presji całkowitej abstynencji. Nie chodzi tu o walkę z nałogiem czy etykietkę „nie piję w ogóle”. Bardziej o eksperymentowanie z abstynencją czasową - może miesiąc bez alkoholu (np. słynny Dry January), może ograniczenie picia do jednej lampki zamiast trzech, może wybieranie imprez na trzeźwo z czystej ciekawości, czy rzeczywiście zabawa będzie gorsza.
Ruch sober curious zyskał na popularności szczególnie wśród milenialsów i Gen Z, dla których dbanie o well-being jest ważne. Ludzie ci dzielą się doświadczeniami w mediach społecznościowych, powstają kluby i eventy dla niepijących (sober-friendly). Okazuje się, że sporo osób po okresie takiej ciekawości przyznaje, że faktycznie czuje się lepiej - lepiej śpią, mają więcej energii, mniej lęków, a życie towarzyskie nadal kwitnie, tylko drinki w dłoni są inne (np. kombucha, koktajl zero-proof). Bycie sober curious to postawa bez spiny: „Mogę pić, ale nie muszę - spróbuję nie pić i zobaczę, jak jest”. I kto wie - może ze zwykłej ciekawości narodzi się zdrowszy nawyk na całe życie.
„Mindful drinking” - uważne picie
Kolejny termin z kategorii lifestyle to Mindful Drinking, czyli „uważne picie”. Brzmi trochę jak praktyka zen przy kieliszku wina - i w pewnym sensie coś w tym jest. Chodzi bowiem o to, by podchodzić do alkoholu (i picia w ogóle) z większą świadomością i intencją, zamiast pić odruchowo lub pod presją otoczenia. Mindful drinking polega na bardziej świadomym podejściu do tego, co pijesz i dlaczego pijesz, co w konsekwencji prowadzi do ograniczenia spożycia alkoholu.
Inaczej mówiąc, to filozofia: „Pij z głową i sercem”. Osoby praktykujące uważne picie zadają sobie pytania: Czy naprawdę mam ochotę na tego drinka? Jaki mam nastrój? Czy piję dla smaku, czy z przyzwyczajenia?. Jeśli decydują się pić, to często wybierają mniej, ale lepszej jakości - np. zamiast kilku byle jakich piw, wypiją jedno kraftowe albo wcale. Albo ustalają sobie granice: dziś tylko lampka szampana na toast i potem bezalkoholowe napoje.
Co ważne, mindful drinking nie musi oznaczać całkowitej rezygnacji z alkoholu (chyba że ktoś sam tak postanowi), tylko świadome ograniczenie i kontrolę. To podejście często idzie w parze z innymi praktykami wellness - uważnym jedzeniem (mindful eating), medytacją, dbaniem o zdrowie psychiczne. Powstają nawet kluby i festiwale Mindful Drinking - np. w Wielkiej Brytanii grupa Club Soda organizuje festiwale dla osób chcących bawić się bez alkoholu, testować nowe NoLo drinki i uczyć się nawyków uważnego picia.
Uważne picie to w sumie nic innego jak słuchanie swojego organizmu i sumienia przy alkoholu. Zamiast pić, bo wszyscy piją albo „bo piątek”, robimy mini-check: czy ja tego chcę?. Często odpowiedź brzmi „nie, wolę dzisiaj herbatkę” - i to jest okej. Mindful drinker może więc czasem wypić drinka z alkoholem, ale zawsze jest świadomy swojego wyboru i potrafi powiedzieć „pas, dzięki” bez żalu.
Straight Edge - stara szkoła abstynencji
Na koniec rzut oka na termin, który wbrew pozorom wcale nie jest nowy, ale warto go znać, bo to trochę przodek dzisiejszych trendów bezalkoholowych. Straight Edge to nazwa subkultury i ruchu, który powstał już na początku lat 80. w USA, w środowisku hardcore punk. Jego założenia? Zero alkoholu, zero narkotyków, zero papierosów - po prostu absolutna trzeźwość jako sprzeciw wobec destrukcyjnego stylu życia wielu punkowców tamtej ery.
Termin Straight Edge (w slangu często skracany do sXe albo SE) pochodzi od tytułu piosenki zespołu Minor Threat - ich 46-sekundowy utwór „Straight Edge” z 1981 roku stał się manifestem ruchu. Wokalista Ian MacKaye śpiewał w nim o niepiciu, niebraniu używek - i niechcący zapoczątkował nową subkulturę. Zwolennicy Straight Edge odrzucili charakterystyczną dla punka nihilistyczną używkową rebelię, ale wciąż zachowali buntowniczą, antysystemową postawę. Byli (i są) swego rodzaju punkowymi ascetami - „czyste życie” stało się ich znakiem rozpoznawczym.
W klasycznym wydaniu Straight Edge’owcy malowali sobie na dłoniach czarne iksy (symbolicznie, od oznaczania niepełnoletnich na koncertach, którym nie sprzedawano alkoholu), niektórzy rozszerzali zasady o wegetarianizm/weganizm, unikanie przygodnego seksu czy innych „życiowych trucizn”. To dość radykalny ruch w porównaniu z luźnym podejściem sober curious. Można powiedzieć, że Straight Edge to abstynencja ideologiczna - styl życia będący manifestem: „Buntuję się przeciw światu pełnemu używek - będę miał trzeźwy umysł i ciało jako mój edge (przewaga)”.
Inne przydatne pojęcia NoLo
Oprócz powyższych terminów, w świecie NoLo przewijają się też inne określenia, które warto znać, by nie dać się zaskoczyć menu w barze czy rozmowie z entuzjastą napojów 0%. Oto krótki słowniczek dodatkowy:
-
Mocktail - to popularne określenie na koktajl bezalkoholowy, powstałe z połączenia słów mock (udawany) i cocktail. Jeśli zobaczysz w karcie drinków dział „Mocktails” albo kelner zaproponuje Ci mocktail, nie szukaj na szybko w Google - chodzi po prostu o wymyślny napój „udający” koktajl, ale bez alkoholu. Często określa się je też swojsko „drink bezalkoholowy” lub stosuje nazwę klasycznego drinka z dopiskiem Virgin, np. Virgin Mojito to mojito dziewicze (czyli bez rumu).
-
Zero-Proof - angielski termin zyskujący na popularności, oznacza dosłownie „zero procent” (proof to miara alkoholu). Zero-proof cocktail to to samo co mocktail, a zero-proof spirits to np. bezalkoholowy „gin” czy „whisky”. Można się też spotkać z etykietami 0.0% na napojach - gwarantują one całkowitą bezalkoholowość (w odróżnieniu od tych „do 0,5%”).
-
Dealkoholizowany - termin techniczny, który warto rozumieć. Oznacza napój (np. wino czy piwo), z którego usunięto alkohol po jego wytworzeniu. Np. wino bezalkoholowe często robi się tak, że najpierw fermentuje się normalne wino z winogron, a następnie w procesie odwróconej osmozy usuwa się etanol (np. przez odparowanie w niskiej temperaturze lub filtrację). Dzięki temu procesowi wino zachowuje smak, aromat i strukturę oryginału, ale zawiera 0,0% lub jedynie śladowe ilości alkoholu.
-
ABV - skrót od Alcohol By Volume, po polsku odpowiada mniej więcej procentowej zawartości alkoholu objętościowo. Jeśli na butelce jest napisane 5% ABV, znaczy to, że w 100 ml jest 5 ml czystego alkoholu. Dla nas istotne jest, że napoje NoLo zazwyczaj mają ABV od 0,0% do maks. 0,5% (jak wspomnieliśmy), podczas gdy klasyczne piwa ~5%, wina ~12%, a wódki 40% ABV.
-
Dry (Month) - warto wspomnieć o sezonowych trendach typu Dry January (Trzeźwy Styczeń) czy Dry July. Polegają na podjęciu wyzwania miesiąca bez alkoholu. Coraz więcej ludzi to praktykuje, traktując to jako detoks po imprezowym okresie (styczeń po sylwestrze) lub po prostu jako próbę silnej woli. W takich wyzwaniach napoje NoLo oczywiście odgrywają pierwsze skrzypce - dzięki nim można nadal celebrować spotkania, nie łamiąc postanowienia.
Lista pojęć mogłaby być jeszcze dłuższa, bo świat NoLo szybko się rozwija. Jednak znajomość tych kilku terminów z pewnością pozwoli Ci poczuć się pewniej - czy to przy barze, czy przeglądając artykuły o nowych trendach. A skoro mowa o trendach, przejdźmy do tego, co właściwie piją entuzjaści NoLo.
Fermentowane soki, herbaty musujące i kombucha - co to za wynalazki?
Napoje NoLo to dziś coś znacznie ciekawszego niż gazowana woda z cytryną. Oprócz bezalkoholowego piwa czy wina, pojawiły się całkiem nowe gatunki trunków „bez procentów”, które zaskakują smakiem i sposobem powstania. Poniżej kilka z tych mniej oczywistych:
-
Fermentowane soki i napoje „dzikiej fermentacji” - brzmi podejrzanie? Spokojnie, nikt tu nie każe pić zepsutego soku z lodówki. 😉 Chodzi o kontrolowaną fermentację soków owocowych lub innych baz (np. serwatki, ziół), aby uzyskać ciekawy smak bez wytworzenia dużej ilości alkoholu. Często stosuje się fermentację mlekową przy użyciu bakterii kwasu mlekowego (LAB) - podobnie jak w kefirze czy kiszonkach. Taki sok fermentuje nieco inaczej niż na wino: zamiast procentów, powstają głównie kwasy organiczne, bąbelki i bogactwo smaków. Przykładem może być kwas chlebowy - tradycyjny słowiański napój z fermentowanego pieczywa, który zawiera śladowe ilości alkoholu (często <0,5%), za to mnóstwo kwaskowego, orzeźwiającego smaku i probiotyków. Inny przykład to fermentowane lemoniady rzemieślnicze - np. sok z malin poddany lekkiej fermentacji dzikimi drożdżami, co daje musujący, lekko cierpki napój przypominający cider, ale o znikomym ABV. Producent takiego napoju zazwyczaj przerywa fermentację odpowiednio wcześnie (np. schładzając mocno ciecz), by zatrzymać zawartość alkoholu poniżej 0,5%, a jednocześnie zachować bogaty smak. W efekcie otrzymujemy coś na kształt „dojrzałego soku” - mniej słodkiego, z nutą drożdżowo-kwaśną, idealnego dla dorosłych podniebień szukających nowych wrażeń.
-
Sparkling tea (herbata musująca) - to jeden z najgorętszych trendów premium w NoLo. Jak sama nazwa wskazuje, jest to musujący napój herbaciany, podawany często w eleganckich butelkach 0,75 l i kieliszkach od szampana. Sparkling Tea to wysokogatunkowy napój bezalkoholowy powstający przez zaparzenie wyselekcjonowanych liści herbaty (białej, zielonej lub ziołowej) i nasycenie jej dwutlenkiem węgla. Najważniejsze - nie ma tu fermentacji. W przeciwieństwie do kombuchy, sparkling tea nie jest dziełem bakterii i drożdży, tylko sprytnym połączeniem herbaty, ewentualnie dodatków smakowych, oraz bąbelków CO₂. Proces produkcji przypomina wyrób szampana (metodą Charmata) - zaparzona aromatyczna herbata zostaje filtrowana, zmieszana z np. sokiem z winogron lub ziołami dla smaku, a potem sztucznie nasycona gazem i zabutelkowana. Efekt? Napój o niezwykłej czystości, subtelnym herbacianym bukiecie i musującej teksturze, który do złudzenia przypomina w odbiorze wino musujące - choć nie zawiera ani kropli alkoholu. Herbata musująca zdobywa coraz większą popularność w wykwintnych restauracjach jako alternatywa dla szampana czy prosecco przy toastach i do food pairingu. Warto dodać, że sparkling tea jest w pełni bezalkoholowa, a przy tym zwykle ma bardzo niski cukier - to czyni ją idealnym trunkiem dla dbających o zdrowie. Dla kontrastu kombucha (o której za moment) choć też herbaciana i z bąbelkami, jest fermentowana i zawiera pewien procent alkoholu (zwykle do 0,5%, choć przy dłuższej fermentacji może dojść do ~1-2%). Sparkling tea omija ten aspekt, dzięki czemu zachowuje bardziej czysty, „winny” charakter smaku pozbawiony octowych nut kombuchy. Jeśli zobaczysz więc na półce butelkę opisaną jako herbata musująca, wiedz że to coś jak szampan z herbaty - eleganckie, wytrawne w odczuciu, zero alkoholu.
-
Kombucha - a skoro już padło hasło kombucha, to nie może jej zabraknąć. Jeszcze kilka lat temu mało kto o niej słyszał, a dziś tę fermentowaną herbatę kupimy w każdym hipsterskim bistro i sklepie bio. Kombucha to napój z fermentowanej, słodzonej herbaty (czarnej lub zielonej) z wykorzystaniem tzw. kultury SCOBY - symbiotycznej kolonii bakterii i drożdży. Brzmi to jak eksperyment z laboratorium, ale ma długą tradycję (podobno wywodzi się z Chin sprzed ponad 2000 lat!). Proces jest podobny do fermentacji piwa, tylko zamiast słodu mamy herbatę z cukrem. Drożdże ze SCOBY zjadają cukier i fermentują, produkując odrobinę alkoholu, a bakterie przerabiają część alkoholu na kwas octowy i inne związki. W efekcie kombucha jest lekko gazowana, ma kwaskowo-cierpki, octowy posmak z nutą słodyczy i owoców, a do tego jest bogata w probiotyki (dobre bakterie). Zawartość alkoholu w kombuchach komercyjnych zwykle utrzymuje się poniżej 0,5%, by mogły być sprzedawane jako napój bezalkoholowy. Jednak uwaga - gdyby zostawić ją samopas na długo, może przekroczyć ten próg (domowe kombuchy czasem mają 1% lub więcej). Dlatego producenci pilnują fermentacji jak sokoły. Kombucha to ciekawy twór: orzeźwia jak soda, smakuje trochę jak cider/wino musujące z nutą octu, a do tego uchodzi za zdrowotny eliksir (dzięki wspomnianym probiotykom i antyoksydantom z herbaty). Bywa bazą wielu mocktaili - np. kombucha imbirowa świetnie udaje Moscow Mule z charakterystycznym „pazurem” imbiru. Dla trendu NoLo kombucha jest tym, czym kraftowe piwo dla piwoszy - symbolem nowej fali smaków. To już nie zwykła cola, to napój z charakterem, historią i lekkim kopem (choć nie alkoholowym, a fermentacyjno-zdrowotnym).
Tutaj kończymy naszą podróż po świecie terminów NoLo. Czy to chwilowa moda, czy trwała zmiana kulturowa - czas pokaże. Pzdr